środa, 18 lutego 2026

O żywności przetworzonej w wysokim stopniu

Wykorzystywanie wszystkiego, co nadaje się do jedzenia, nie jest jakimś wielkim odkryciem, tak się zawsze robiło. Niestety, im lżej się żyło, tym częściej z tego rezygnowaliśmy. Z wygodnictwa, z lenistwa, z chęci spróbowania czegoś wykwintniejszego, przynajmniej tak nam się wydawało. Na szczęście to się zmieniło. Coraz więcej osób dostrzega wartość w prostym sposobie odżywiania, gdy je się tak, jak kiedyś, smacznie i zdrowo, no i tanio przy okazji.

Niestety, wysokoprzetworzona żywność jest łatwo dostępna, nie wymaga długiego przygotowywania, wystarczy rozerwać folię, wstawić pudełko do mikrofalówki. Szybko i równie smacznie. Producenci zrobili wiele, by nam smakowało, tu nie ma przypadku – ani w składzie, gdzie dominuje cukier i tłuszcz, ani w kolorach i wzorach na opakowaniach, ani nawet w tym, co poczujemy, czy co usłyszymy już na etapie otwierania tych ślicznych puszek i torebeczek.

Ważny jest każdy gram cukru, bo i w przypadku ludzi sprawdza się zasada, że słodycz to same miłe odczucia. Cukier z tłuszczem to mieszanka szczęśliwości, tak twierdzą badacze, nawet laboratoryjne myszy nie potrafią się jej oprzeć. Cukru dodaje się tyle, że już więcej nie da się go zjeść, ale tak właśnie lubi nasz mózg. Stwierdzono to w licznych badaniach prowadzonych przez neurologów. A te trzaski otwieranych wieczek i zakrętek, sycząca zawartość, chrzęst zgniatanych torebek z chipsami, feeria barw i smaków – to wszystko ma nas przekonać, że warto sięgnąć po produkt, warto wydać pieniądze, warto to zjeść czy wypić. Nasze zdrowie wielkich koncernów nie obchodzi, choćby twierdzono coś innego. Bo jak zawsze liczy się przede wszystkim zysk, zysk i jeszcze raz zysk. Jedząc przemysłowo przygotowane produkty dostarczamy swoim organizmom wielokrotnie więcej kalorii i nieuchronnie tyjemy. By poczuć sytość, jemy zdecydowanie więcej, niż kiedyś. Im więcej zjemy, tym szybciej kupimy następne opakowanie i o to toczy się gra.

Specjaliści od marketingu doszli do wniosku, iż muszą przede wszystkim dotrzeć do dzieci. Bo to one za kilka lat będą docelowym klientem każdego producenta. To dzieciom ma smakować najbardziej, to dzieci mają wymuszać zakupy na rodzicach. Przyzwyczajone od małego do określonych smaków, wzorów, kolorów i dźwięków nie będą łatwo zmieniały przyzwyczajeń, gdy dorosną. To klient idealny, wierny przez lata. Nie dziwmy się więc, że paluszki rybne zrobione przez mamę czy babcię dziecku nie smakują. Nie mogą smakować, jeśli dziecko zawsze jadło tylko te ze sklepu.

To w sumie smutne, że nasze dziedzictwo kulinarne możemy zatracić tylko dlatego, że nie chce nam się poświęcić odrobiny czasu na przygotowanie prostego posiłku, z prostych składników. Zabiegani nie mamy czasu na siedzenie z dzieckiem przy stole, karmienie go, zapoznawanie z różnorodnością smaków, zapachów, tekstur. Dzieci uboższe o te doświadczenia nawet nie będą wiedziały, że coś straciły, ani co dokładnie. Nie będą miały porównania. To nasza wina, że te dzieci jedzą byle jak, byle co, bez jakiejkolwiek wiedzy na temat zdrowego odżywiania się, bez jakiejkolwiek refleksji. Nawet w szkole o tym się nie mówi, a przynajmniej nie często.

Z drugiej strony aż tak bardzo się nie dziwię, że wszystko idzie w złą stronę. Rozumiem zabieganie, brak sił, chęć ułatwienia sobie życia. Pamiętam jak sama kupowałam dzieciom słodkie bułeczki, gotowe dania, bo akurat miałam do załatwienia pilne sprawy lub z innego powodu brakowało czasu na przygotowanie domowego posiłku. Problem zaczyna się wtedy, gdy takie postępowanie staje się codziennością, normą.








Sernik na kruchym spodzie

Ciasto kruche do sernika (a także do makowca) piekę zazwyczaj według jednego z dwóch przepisów. W pierwszym jest więcej masła i żółtek. W drugim część masła zastąpiono śmietaną 18 % i dodano jedno żółtko. Śmietana powoduje, że ciasto jest nieco mniej kruche, bardziej plastyczne, łatwiej składniki połączyć podczas zagniatania. Oba przepisy są dobre.

Do masy serowej zamiast budyniu można dodać około 30 g mąki ziemniaczanej (skrobia). Typowa tortownica jest trochę za mała na tę ilość składników. Dla pewności trzeba wyżej podnieść papier przy obręczy, by nic nie wypłynęło z foremki.

Ciasto kruche 1:

400 g mąka pszenna
250 g masło zimne
100 g cukier drobny
1 cukier waniliowy
3 żółtka (piana do sera)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
sól, szczypta

Ciasto kruche 2 (zmiany):

200 g masło zimne
1 łyżka śmietana 18 %
4 żółtka

Masa serowa:

1 kg ser z wiaderka
200 g masło miękkie
180 g cukier (3/4 szklanki)
cukier waniliowy
4 żółtka + piana ze wszystkich białek
1 budyń śmietankowy
aromat, opcjonalnie

Przygotowanie ciasta kruchego:

Oddzielić żółtka od białek. Białka zostawić do masy serowej.

Utrzeć żółtka z cukrami.

Dodać przesianą mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia.

Wkroić po kawałku zimne masło. Im bardziej schłodzone, tym lepiej.

Schłodzić dłonie i sprawnie zagnieść ciasto. Chodzi o to, by niezbyt długo nagrzewało się od rąk. Można wykorzystać robot kuchenny i zagnieść ręcznie już na koniec wyrabiania.

Podzielić ciasto na dwie części – nieco większa będzie spodem, mniejszą zetrzemy na ser. Zawinąć kawałki ciasta w folię spożywczą i schłodzić porządnie w lodówce. Ciasto powinno mieć twardość umożliwiającą ścieranie na dużych oczkach tarki.

Blaszkę lub tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia. Większy kawałek schłodzonego ciasta zetrzeć na spód foremki.

Wstawić foremkę do nagrzanego piekarnika. Piec około 17 minut (do zrumienienia) w temperaturze 180° C, grzanie góra-dół.

Po upieczeniu schłodzić spód.

Przygotowanie masy serowej:

Ubić sztywną pianę ze wszystkich białek (6-7).

Utrzeć żółtka z cukrami.

Dodać budyń lub mąkę ziemniaczaną, ser, miękkie masło. Wymieszać dokładnie.

Na koniec delikatnie wmieszać pianę z białek.

Gotową masę wyłożyć na upieczony wcześniej spód.

Na górę zetrzeć pozostałą część ciasta kruchego. Jeśli będzie go za dużo, można tę nadwyżkę zamrozić.

Piec 50-60 minut w temperaturze 180° C, grzanie góra-dół.

Uwaga:

Nie przedłużać czasu pieczenia. Spód jest już upieczony, a masa serowa, jak piszą specjalistki, tak naprawdę nie jest ciastem i na pewno nie zrobi się w niej zakalec. Dłuższe pieczenie to większe prawdopodobieństwo popękania sernika. Jeśli już się tak stanie, to przecież smak się nie zmieni i nie ma powodu do martwienia się drobnymi szczelinami.











Placuszki serowe

To miały być mini pączki gdańskie, coś jednak poszło nie tak i te małe kuleczki nie dość, że jak gąbka chłonęły tłuszcz, to jeszcze zapadły się zaraz po wyjęciu z oleju. Szkoda mi było serka (z jogurtu greckiego), poprawiłam więc na wyczucie konsystencję ciasta. Tak, by nadawało się do smażenia placuszków. Placuszki dobrze się nakładało łyżką, rosły ładnie na patelni, ale na talerzu już były niskie. Na szczęście okazały się smaczne. W trakcie smażenia dodałam do ciasta jeszcze jedną łyżkę mąki (z czubkiem). Ocet nie jest wyczuwalny, ale do ciasta na placuszki nie jest potrzebny, jeśli będziemy smażyć na prawie suchej patelni.

Składniki:

250 g twarogu (półtłusty, tłusty) – rozgnieść widelcem
+ 2 jajka
+ śmietana (ile potrzeba) + soda (1-2 łyżeczki)
+ cukier do smaku + waniliowy
+ mąka (200-270 g) + 1 łyżka z lekkim czubkiem
1 łyżka octu

Wykonanie:

Twaróg rozgnieść widelcem. Dodać jajka, cukier, cukier waniliowy, mąkę. Wymieszać. Do śmietany dodać sodę, wymieszać i od razu wlać do ciasta. Ciasto ma być gęste na tyle, by dało się je łyżką nakładać na patelnię (ściągać drugą łyżką). Od konsystencji ciasta zależy, ile dolejemy śmietany. Soda w kwaśnym środowisku działa od razu, ciasto rośnie po wymieszaniu składników, dlatego nie należy zwlekać ze smażeniem.








wtorek, 17 lutego 2026

Budyń kakaowy

Budyń czy kisiel idealnie wpisują się w dziecięcą tęsknotę za słodkościami. Ta tęsknota pozostaje w nas, ludziach dorosłych i stąd tak trudno oprzeć się pokusie. Najlepsze są oczywiście domowe desery.

Do dzisiejszego budyniu nie dodawałam żółtek, nie ma to aż tak wielkiego wpływu na wygląd, ani smak, zmieniają się wartości odżywcze. Podana ilość skrobi była jeszcze odrobinę za duża i dolałam dodatkowo jakieś 120 ml mleka, może być także woda. Budyń wyszedł trochę rzadszy niż waniliowy, czyli tego dodatkowego płynu mogło być mniej. Kakao wystarczy tyle, ile podałam (miałam akurat taką resztkę w opakowaniu). Skrobię i kakao wstępnie zalałam w oddzielnych garnuszkach niewielką ilością zimnego mleka i dokładnie rozmieszałam.

Składniki:

1 l mleko + 100-120 ml
1 cukier waniliowy (42 g)
1 łyżka cukier kryształ
1 łyżka masło, miękkie
53 g kakao
60 g skrobia ziemniaczana

Wykonanie:

Odważyć skrobię i kakao w oddzielnych naczyniach. Dolać do nich po tyle zimnego mleka, by dało się te proszki dobrze rozmieszać.

Resztę mleka wlać do odpowiednio większego garnka, wsypać cukier i cukier waniliowy. Podgrzewać na małym palniku kuchenki, rozmieszać cukier. Do ciepłego mleka dodać miękkie masło, ma się całkowicie stopić. Zagotować krótko.

Dokładnie wymieszane kakao wlać do garnka, zagotować.

Ponownego wymieszania wymaga także skrobia, która zapewne osiadła już na dnie naczynia. Wlać ją do budyniu, stale mieszając. Masa zacznie tężeć, w razie potrzeby dolać odrobinę płynu (mleko, woda). Gotowe.

Budyń można rozlać do kubeczków i delektować się gorącym lub poczekać do jego wystygnięcia.






Biała kapusta kiszona z brukselką

Kiszona brukselka jest wyjątkowo smaczna. Kisi się dłużej, ponieważ jest twarda, najlepiej ją przekroić na pół, wtedy najdalej po tygodniu będzie już dobra do jedzenia. Papryczki chili kupiłam w niższej cenie na stoisku zero waste. Po oczyszczeniu mrożę przygotowane płaty i wyciągam trochę, gdy do czegoś są potrzebne.

Kiszoną mieszankę warto jeść na surowo, bo szkoda obróbką cieplną zmarnować te wszystkie dobre mikroorganizmy. Podawać do drugiego dania, na chlebie, w formie przekąski pomiędzy posiłkami, ja często dokładam surową do zupy jarzynowej, na przykład kalafiorowej. Taka kapusta nie wymaga gotowania, chociaż oczywiście można to zrobić.

Składniki:

2,3 kg kapusty białej
1-2 cebule
2-3 jabłka
2-3 papryczki chili
1 kg brukselki
4 marchewki
1 łyżka kminku
1-2 łyżeczki kopru włoskiego
45 g soli do przetworów (zazwyczaj 18-25 g na 1 kg kapusty)

Przygotowanie:

Kapusta, cebula – poszatkować na pasemka tą samą wkładką maszynki do mięsa.

Marchew, jabłka – zetrzeć na grubych oczkach tarki (wkładka do maszynki).

Papryczki chili (oczyszczone) pokroić nożem na wąskie paseczki. Najlepiej założyć rękawiczki i pamiętać, by palcami nie dotykać twarzy i ust. W razie czego na pieczenie trochę pomoże mleko.

Brukselki - umyć, oderwać uszkodzone liście, przekroić kapustki na pół.

Dodać kminek i koper włoski (opcjonalnie).

Oprószyć solą.

Wymieszać wszystko na blacie, w misce lub w jakimś innym, większym naczyniu / pojemniku.

Nakryć i odstawić przynajmniej na godzinę, by kapusta puściła sok.

Przełożyć kapustę warstwami do większego słoja (lub do dwóch mniejszych), każdą porcję ubijać pięścią (w rękawiczce) lub na przykład drewnianym tłuczkiem do kartofli.

Jeśli soku wydziela się zbyt dużo i trudno kapustę ubić, najlepiej sok tymczasowo odlać, a wlać go dopiero na koniec. Wszystko, co jest w słoju, powinno się znaleźć pod sokiem, by odciąć dopływ powietrza. Zdarza się sporadycznie, że soku jest za mało. Dolewamy wtedy solankę, słoność jak do ogórków kiszonych (1-2 łyżki soli / 1 l wody). Na koniec, jeśli ktoś ma, dobrze jest dolać 1-2 łyżki soku (kwaski) z poprzedniej kiszonki. Fermentacja zdecydowanie przyspieszy.

Na powierzchni kapusty położyć sitko dociskowe lub zostawiony specjalnie liść (przebić go w dwóch, trzech miejscach nożem), może też być kawałek gazy czy płóciennej ściereczki. Na to postawić mały słoik z wodą, jako obciążenie. Słój nakryć i odstawić w ciepłym miejscu. W trzecim dniu kiszenia kapusta nadaje się do jedzenia. Na początku tylko mniejsze brukselki będą miękkie, pozostałe dojdą w ciągu kilku następnych dni. Słój z kiszonką przechowywać w lodówce lub innym chłodnym miejscu.