Codzienne funkcjonowanie według określonego schematu dla mnie jest super. Działam nawet wtedy, gdy mi się nie chce czegoś robić, najczęściej dotyczy to aktywności fizycznej. Rutynowe działania to też na przykład codzienne mycie zębów, lektura, poranny przegląd wiadomości, kawa na rozbudzenie, stałe hobby, spacer z psem, popołudniowa drzemka, itp. Czas „pomiędzy” przeznaczony jest na inne aktywności – zakupy, wyjazdy, wizyty u lekarzy, spotkania towarzyskie, remont, wielkie sprzątanie itd. Jest jeszcze praca zawodowa, a w niej również miejsce na rutynę z nią związaną.
Każdy ma swoją, sobie właściwą rutynę, z czasem ją wypracowujemy lub ustalamy wedle potrzeb na kolejnych etapach życia. Takie zarządzanie codziennością według rozpiski nie jest złe, pozwala wszystko zorganizować tak, by nie tracić czasu na chaotyczne, nieprzemyślane zrywy, pozwala zautomatyzować wiele czynności. Rutyna chaosu nie wyklucza, ja nawet lubię od czasu do czasu wyjść poza te ramy, zrobić coś inaczej, zaszaleć. Nie mam poczucia, że rutyna mnie ogranicza.
Moja rutyna nie jest szczegółowym planem, ma jednak stałe elementy pozwalające osiągać inne cele, związane przede wszystkim ze zdrowiem. Porządek dnia wyznaczają trzy główne posiłki, jedzone o mniej więcej stałych porach. Przed każdym posiłkiem zjadam tak zwaną „zieloną przystawkę”, czyli porcję warzyw będących źródłem błonnika pokarmowego. Pomiędzy posiłkami uwzględniłam przekąski – jabłko, trochę orzechów włoskich lub migdałów i co kilka dni dwie kostki czekolady gorzkiej. Po każdym posiłku od razu sprzątam naczynia, taki nawyk od zawsze, następnie maksymalnie 15 minut przeznaczam na aktywność fizyczną. Trzy razy po kwadransie to w sumie 45 minut w ciągu całego dnia. Chodzę spać o określonej porze i przesypiam 7-9 godzin.
Jedzenie nie stanowi sensu mojego życia, poświęcam mu jednak sporo uwagi, gdyż istotnie wpływa na moje samopoczucie. Jem normalnie, prosto, zdrowo, bez przejadania się czy głodzenia. Powinnam pić więcej wody, często, rutynowo właśnie, ale z jakiegoś powodu nigdy nie udało mi się tego zalecenia zrealizować w dostatecznym stopniu. Sądzę, że mój organizm to sobie odpowiednio reguluje. Kiedyś nie doceniałam roli błonnika, teraz pilnuję, by go dostarczać w różnej postaci przed posiłkami, ostatecznie w trakcie posiłku. Pilnuję, kiedy i z czym jem węglowodany. Jedynym produktem, który wyeliminowałam jest chleb. To okresowe ograniczenie, do chleba na pewno wrócę. Ćwiczenia nie muszą być jakieś wyszukane, byle się ruszyć, złapać lekką zadyszkę, trochę się wysilić. I tego się trzymam, można robić więcej. Obserwuję jakościową poprawę snu, rośnie moja sprawność, wydolność oddechowa i wytrzymałość wysiłkowa. Przy okazji waga pokazuje coraz mniej, chociaż bardzo powoli. Czytałam, że tak się dzieje, gdy uda się ustabilizować cukier i insulinę, zminimalizować skoki ich poziomu. Wszystko dzięki drobnym zmianom, jak te powyższe. Jest to niezmiernie ważne nie tylko dla osób borykających się z rozmaitymi schorzeniami, także zdrowi powinni na to zwracać uwagę.
Postrzegam rutynę pozytywnie, dla mnie to motywujący bodziec. Jednak dostrzegam ryzyka, szczególnie, gdy działanie staje się zautomatyzowane. Można stracić czujność, czegoś nie zauważyć powtarzając to samo wielokrotnie przez długi czas. Do siebie też warto mieć ograniczone zaufanie.







