Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2026

O żywności przetworzonej w wysokim stopniu

Angielskie programy popularyzujące wiedzę o zdrowiu robią to w wyjątkowo przystępny i ciekawy sposób. Z zainteresowaniem obejrzałam odcinek o żywności wysokoprzetworzonej, poniżej kilka zapamiętanych informacji. 

Wykorzystywanie wszystkiego, co nadaje się do jedzenia, nie jest jakimś wielkim odkryciem, tak się zawsze robiło. Jednak im lżej się żyło, tym częściej z tego rezygnowaliśmy. Z lenistwa, z wygodnictwa, z chęci spróbowania czegoś wykwintniejszego, przynajmniej tak nam się wydawało. Na szczęście coś się w tym zakresie zmienia. Coraz więcej osób znów dostrzega wartość w prostym sposobie odżywiania, gdy je się tak, jak kiedyś, smacznie i zdrowo, no i tanio przy okazji.

Niestety, wysokoprzetworzona żywność jest łatwo dostępna, nie wymaga długiego przygotowywania, wystarczy rozerwać folię, wstawić pudełko do mikrofalówki. Szybko i równie smacznie. Producenci zrobili wiele, by nam smakowało, tu nie ma przypadku – ani w składzie, gdzie dominuje cukier i tłuszcz, ani w kolorach i wzorach na opakowaniach, ani nawet w tym, co poczujemy, czy co usłyszymy już na etapie otwierania tych ślicznych puszek, pudełek i torebeczek.

Ważny jest każdy gram cukru, bo i w przypadku ludzi sprawdza się zasada, że słodycz to same miłe odczucia. Cukier z tłuszczem to mieszanka szczęśliwości, tak twierdzą badacze, nawet laboratoryjne myszy nie potrafią się jej oprzeć. Cukru dodaje się tyle, że już więcej nie da się go zjeść, ale podobno tak właśnie lubi nasz mózg. Stwierdzono to w licznych badaniach prowadzonych przez neurologów. A te trzaski otwieranych wieczek i zakrętek, sycząca zawartość, chrzęst zgniatanych torebek z chipsami, feeria barw i smaków – to wszystko ma nas przekonać, że warto sięgnąć po produkt, warto wydać pieniądze, warto to zjeść czy wypić. Nasze zdrowie wielkich koncernów nie obchodzi, choćby twierdzono coś innego. Bo jak zawsze liczy się przede wszystkim zysk, zysk i jeszcze raz zysk. Jedząc przemysłowo przygotowane produkty dostarczamy swoim organizmom wielokrotnie więcej kalorii i nieuchronnie tyjemy. By poczuć sytość, jemy zdecydowanie więcej, niż kiedyś. Im więcej zjemy, tym szybciej kupimy następne opakowanie i o to toczy się gra.

Specjaliści od marketingu doszli do wniosku, iż muszą przede wszystkim dotrzeć do dzieci. Bo to one za kilka lat będą docelowym klientem każdego producenta. To dzieciom ma smakować najbardziej, to dzieci mają wymuszać zakupy na rodzicach. Przyzwyczajone od małego do określonych smaków, wzorów, kolorów i dźwięków nie będą łatwo zmieniały przyzwyczajeń, gdy dorosną. To klient idealny, wierny przez lata. Nie dziwmy się więc, że paluszki rybne zrobione przez mamę czy babcię dziecku nie smakują. Nie mogą smakować, jeśli dziecko zawsze jadło tylko te ze sklepu.

To w sumie smutne, że nasze dziedzictwo kulinarne możemy zatracić tylko dlatego, że nie chce nam się poświęcić odrobiny czasu na przygotowanie prostego posiłku, z prostych składników. Zabiegani nie mamy czasu na siedzenie z dzieckiem przy stole, karmienie go, zapoznawanie z różnorodnością smaków, zapachów, tekstur. Dzieci uboższe o te doświadczenia nawet nie będą wiedziały, że coś straciły, ani co dokładnie. Nie będą miały porównania. To nasza wina, że te dzieci jedzą byle jak, byle co, byle gdzie, bez jakiejkolwiek wiedzy na temat zdrowego odżywiania się, bez jakiejkolwiek refleksji. Nawet w szkole o tym się nie mówi, a przynajmniej nie często.

Z drugiej strony aż tak bardzo się nie dziwię, że wszystko nadal idzie w złą stronę. Rozumiem zabieganie, brak sił, chęć ułatwienia sobie życia. Pamiętam jak sama kupowałam dzieciom słodkie bułeczki, gotowe dania, bo akurat miałam do załatwienia pilne sprawy lub z innego powodu brakowało czasu na przygotowanie domowego posiłku. Problem zaczyna się wtedy, gdy takie postępowanie staje się codziennością, normą.








czwartek, 25 kwietnia 2024

Plecak przetrwania

Od jakiegoś czasu w przestrzeni publicznej pojawia się temat tak zwanego „plecaka przetrwania”. Zdaniem niektórych każdy powinien go mieć. Czy już powinniśmy gromadzić akcesoria niezbędne do bytowania poza domem, w bliżej nieokreślonych spartańskich warunkach? Czy to ma jakikolwiek sens? Trudno sobie wyobrazić, że w sytuacji realnego zagrożenia pobiegniemy gdzieś do lasu z survivalowym workiem na plecach i będziemy próbowali tam przeżyć jakiś czas. Gdzie ten las? Jak długo damy radę w nim wegetować? Co z całą resztą naszego życia – domem, pracą, wpływami na konto, co z najbliższymi, z leczeniem i wieloma innymi sprawami? Starając się zminimalizować ewentualne ryzyka warto włączyć myślenie i zdrowy rozsądek.

Prawdopodobnie większość z nas posiada znaczną część przedmiotów mogących wchodzić w skład kryzysowego ekwipunku. Wystarczy je wyjąć z szaf, szuflad, pudeł. Mogą czekać w gotowości, choć pewnie są używane na bieżąco - w domu, w ogrodzie, na działce, podczas wakacyjnych wypadów itd. Czy należy pilnie dokupić to, czego nam brakuje? Można, ale czy warto ponosić te dodatkowe, często wcale niemałe koszty? Czy choć raz wykorzystamy nowe nabytki?

Z drugiej strony cóż nam po najlepszym wyposażeniu, jeśli nasza fizyczna kondycja leży, nie potrafimy czytać map, posługiwać się kompasem, jeśli nawet przylepienie plastra stanowi dla nas wyzwanie. Na nic te wszystkie przygotowania, jeśli nie mamy pojęcia gdzie skutecznie szukać pomocy i schronienia, nie znamy swojej miejscowości, najbliższej okolicy. Biorąc to wszystko pod uwagę każdy sam oceni, co jest dla niego ważne, na czym powinien się skupić.

Nas zainteresowały filtry do wody, o których trochę myśleliśmy wędrując po górach i z konieczności pijąc czasem wodę prosto ze strumienia. Sprawdziliśmy co obecnie jest w sprzedaży. Uznaliśmy, że zakup butelki filtrującej wodę wraz z zapasowymi filtrami jest nieopłacalny, szkoda na to pieniędzy. Kupiliśmy filtr do stosowania na zewnątrz, poza domem i będziemy go testować podczas wycieczek.

Poniżej przykładowa lista wyposażenia plecaka przetrwania, znalazłam ją w sieci. Podobnie widział tę kwestię były żołnierz GROM goszczący w jakimś programie TV.

  • Apteczka - leki - maseczka oddechowa - folia termiczna - stopery do uszu
  • Mydło w kostce - żel antybakteryjny
  • Butelki filtrujące + zapas filtrów / filtr do wody
  • Posiłki na 2 dni / batony energetyczne
  • Menażka z możliwością podgrzewania na ognisku - sztućce zazwyczaj są w komplecie
  • Kompas - busola – lokalizator GPS - mapa topograficzna zafoliowana
  • Powerbank 
  • Radio na baterie / na korbkę - latarka na baterie / na korbkę - zapas baterii
  • Zapalniczka, zapałki, krzesiwo
  • Narzędzie wielofunkcyjne - nóż - nożyczki - otwieracz do puszek
  • Kombinerki - łom
  • Worki foliowe (do pakowania wszystkiego)
  • Taśma - linka - sznurek - kilka gumek
  • Kurtka przeciwdeszczowa, peleryna - odzież na zmianę
  • Buty za kostkę
  • Czapka - rękawiczki - ogrzewacze do rąk, nóg
  • Gogle - okulary przeciwsłoneczne
  • Śpiwór mumia - karimata - namiot
  • Zafoliowane kopie wybranych dokumentów (tożsamości, potwierdzających własność np. nieruchomości, inne)
  • Gotówka
  • Notes – ołówek

Wszystko wydaje się przydatne, ewentualnie można coś dorzucić, na przykład chusteczki, także te nawilżone, wkładki higieniczne (też do tamowania krwi), a nawet widziałabym stuptuty ochraniające buty i nogawki spodni. W domu da się zgromadzić zapasy żywności na więcej dni, powiedzmy na tydzień, nawet na miesiąc. Po co komuś w codziennym życiu kompas czy busola? Choćby po to, by podczas wędrówki mieć pewność na jakie pasmo górskie się patrzy, jeśli się go akurat nie zna. Kompas zorientowany z mapą pozwolą to ustalić. Nie chodzi więc tylko o czas ewentualnego kryzysu. Dzięki busoli można opisać trasę za pomocą azymutów. Znając te miary kątowe ułatwione jest poruszanie się bez mapy w nieznanym terenie, busolę oczywiście musimy wtedy posiadać. Wielce przydatny jest również lokalizator GPS. Na zdjęciu poniżej Bushnell Back Track, który mamy od wieli lat, prawdopodobnie są już dostępne inne jego wersje. Urządzenie ma wbudowany kompas i podczas poruszania się wskazuje kierunek, pomaga też odnaleźć miejsce, do którego chcemy dotrzeć. Można zaprogramować punkt docelowy lub miejsce startu. Z takim nawigatorem łatwiej odszukamy dom, auto na parkingu czy inny punkt. 










niedziela, 5 listopada 2023

O maczance

Kilka lat temu przeczytałam gdzieś notkę o maczance krakowskiej. Opisywano to danie jako bardzo miękkie, wręcz rozpadające się duszone mięso, podawane wraz z zawiesistym sosem i pieczywem. Pieczywo, na przykład pajdę chleba, maczano w sosie i nabierano nim mięso. W takiej wersji mogło danie występować i w Małopolsce, i na Śląsku, i w wielu innych regionach kraju. Wszędzie zjadano w ten sposób resztki z obiadu czy z pieczenia mięs. Pieczeniowy naturalny sos to esencja smaków i chętnych na taki rarytas zapewne było wielu. I pewnie też wielu świeżym chlebem wycierało talerz, na którym chwilę wcześniej leżała świeżo przygotowana pieczeń, większość z nas ma podobne doświadczenia. 

Całkiem niedawno przeczytałam, że maczanka krakowska to swojska prababka hamburgera, gdyż soczystą karkówkę z dodatkami podaje się w bułce. I podobno właśnie tak tę karkówkę sprzedawano w Krakowie już wieki temu, szczególnie upodobali ją sobie ówcześni biedni żacy. Widocznie nie tacy biedni – pomyślałam, bo przecież byle kto mięsa kiedyś nie jadał, dla większości było raczej niedostępne. Zaczęłam szukać informacji i wszędzie piszą o powyższym zestawie – mięso z bułką. Mało tego, podobno na Śląsku też taka maczanka była, wymieniana jest nawet jako regionalne danie. No nie wiem, trochę już na tym Śląsku żyję i maczanki nie znam, nigdy o niej nie słyszałam. Kilkadziesiąt lat temu życie było naprawdę biedne, na Śląsku też rzadko jadało się mięso. Bo jeśli nawet pojawiało się w sklepach, to przede wszystkim dostali je na obiad ci, którzy ciężko pracowali, najczęściej górnicy. To moje obserwacje z dzieciństwa. Taka wielka buła z mięsem, sosem, grzybami, ogórkiem i cebulą – nie, kogo by na to było stać... Myślę, że te maczanki to już produkt nowszych czasów. Może gdzieś ktoś przekładał bułki mięsiwem, ale za moich czasów takiego dania powszechnie nie znano. Natomiast tak, od zawsze moczyło się chleb czy bułkę w sosie, jeśli sosu akurat było nadto. Takie podjadanie, najczęściej ukradkiem, byle szybko, byle mama nie pogoniła, na pewno występowało.

Za tym, że raczej nie było czegoś takiego jak „maczanka śląska”  przemawia inny przykład. Otóż jest taki śląski świąteczny deser - „moczka”. Moczy się bakalie rozmaite i piernik w płynie, na przykład w kompocie, w wodzie, a nawet gdzieniegdzie w piwie. Całość przypomina nieco zupkę lub luźny dżemik. Konsystencja może być różna – od bardzo rzadkiej, do bardzo gęstej, wszystko zależy od upodobań. Nikt nie mówi „maczanka bakaliowa” czy „maczanka piernikowa”. Jest „moczka” bo się „moczy”, bo coś jest moczone, zamoczone, namoczone, rozmoczone. Trochę inaczej się to wymawia niż pisze, ale to już szczegół. Idąc śladem śląskiej moczki wydaje się logiczne, że i chleb się na Śląsku moczyło w sosie, a nie maczało. 

Czy słowo „maczanka” występuje w śląskiej gwarze? Niejedna śląska babka czy matka mogła mówić do dziecka: Zamocz (lub umocz) se chlyb we zołzie i zjydz troszka miynsa. Tak mogło być. Wątpię, by któraś z nich powiedziała: Weź se trocha tyj maczanki.Maczanka”, to tak bardziej „po polskiemu” :) Jeśli już, to byłaby może „moczonka”, to bardziej po naszemu. Albo „pieczonka” (znam tak brzmiące nazwisko). Owa pieczonka to coś, co zostało upieczone, zapieczone, obpieczone itd. I jako takie mogło funkcjonować w języku, konkretnie w gwarze śląskiej. Nawet bym na tę pieczonkę stawiała. 

Wiele razy czytałam teksty poruszające różne regionalne tematy, w których aż roiło się od błędów, przeinaczeń, ktoś coś źle zrozumiał, coś przekręcił, od siebie coś dodał, a nawet coś stworzył, itd. Ktoś te teksty czyta, ktoś z nich korzysta, cytuje, uczy się z nich o dawnych czasach. I tak powstają przekłamania, brednie jakieś, a przynajmniej wielkie nieścisłości. Nawet w jakimś internetowym słowniku gwary śląskiej widziałam złe tłumaczenia. Od dłuższego czasu furorę robi nasza śląska wodzionka, która coraz częściej nazywana jest wodzianką, albo rogolka nazywana jest rogalka. Straszne i śmieszne zarazem. No jak tak można, trzeba sprawdzić u źródła, a nie pisać byle co... Trochę mnie takie sytuacje dziwią, ale też napawają smutkiem i troską o to, że odchodzą kolejne pokolenia, a te błędy pozostają i będą powielane. Wbrew prawdzie, a za prawdę będą uchodziły. Ciekawe jak ten problem widzą naukowcy badający nasz język?

Chlyb moczony we zołzie i miynso.
Czy to coś jak maczanka?



niedziela, 30 kwietnia 2023

Gaciok, ryczka, ostrewka i rogolka

Śląska tożsamość jest dla mnie ważna i cenna. Trochę straciłam z mojego dziedzictwa, czegoś nie doświadczyłam, nie poznałam zbyt dobrze. Odczuwam z tego powodu jakiś rodzaj dyskomfortu, nawet mnie to prawdziwie zasmuca. Cieszą natomiast te nieliczne okazje, gdy jakieś słowo, rzecz czy sytuacja umacniają wewnętrzne przekonanie, że ta śląskość we mnie jest, silnie rezonuje i domaga się uzewnętrznienia, co też chętnie czynię. 

Przeczytałam niedawno, że szczyt SZYNDZIELNIA w śląskiej gwarze cieszyńskiej nosi nazwę GACIOK. A „gaciok” to młode drzewko iglaste. W górach na zimę drewniane chaty trzeba było gacić / ogacić, by było w nich ciepło. Do ogacania chat wykorzystywano gałęzie drzew iglastych, przytrzymując je na ścianach drewnianymi żerdziami. Chaty gaciło się i w innych regionach, ociepleniem bywała także słoma, mech, liście, inne gałęzie. W trakcie gacenia dom zabezpieczano przed szkodnikami, na przykład przed myszami. W tym celu stosowano suche rośliny rumianku czy wrotyczu, podobno myszy nie lubiły ich intensywnych zapachów, Rośliny wtykało się za okładzinę, w szczeliny, we wszelkie dziury, resztkami pokruszonych roślin posypywano warstwy ocieplenia. Nigdy nie widziałam gacenia chat, ale przed wielu  laty spytałam o to młodego człowieka, który oprowadzał nas po tradycyjnej, zabytkowej chacie w Beskidach. Nie wiedział o czym mówię...

Na temat gacenia napisano też na stronie Narodowego Centrum Kultury. Podano tam, iż prasłowiański czasownik „gatiti” znaczył okładać, osłaniać coś. „Gatiti” jest przodkiem gacenia, ale też gaci (!), które również coś miały osłaniać. Jednak w najdawniejszych czasach gacenie dotyczyło głównie czynności wytyczania drogi przez bagna, mokradła, tereny grząskie i podmokłe. Po zbadaniu gruntu we wskazanym miejscu usypywano groblę. Następnie rzucano na nią pnie, gałęzie, na to chrust, czasem słomę. Wszystko po to, by konie nie zapadały się w trzęsawisku, i by można było przedostać się na drugą stronę. Taką drogę nazywano „gać”. Czynność okładania chrustem, słomą nazywano „gaceniem drogi”. Z czasem „gacenie” zaczęło dotyczyć także okładania domów, a słowem „gać” określano stosowany do tego celu materiał.

Przeglądając stronę NCK zerknęłam do zakładki z ciekawostkami językowymi i znalazłam inne znane mi słowo, naszą śląską ryczkę. RYCZKA to taki niski, mały stołeczek z czterema prostymi nogami i płaskim siedziskiem, najczęściej z otworem ułatwiającym przenoszenie. Można było na nim usiąść lub na nim stanąć, gdy się gdzieś wysoko nie dosięgało, albo oprzeć na nim stopy, gdy człowiek nogi miał zbyt krótkie i do podłogi nie dosięgał, można też było na stołeczku oprzeć tylko jedną nogę, gdy coś się na kolanie trzymało. W moim rodzinnym domu prosta ryczka stała koło kuchennego pieca i często ktoś na niej przysiadł na chwilę by się ogrzać, albo by zajrzeć do piekarnika czy dołożyć węgla do paleniska. Dziadek miał solidną ryczkę, siadał na niej, gdy coś w domu majstrował lub traktował ją jak blat roboczy. Ja też mam niewielką ryczkę, nieco bardziej fikuśną niż ta dziadkowa. Trochę jest przez to wywrotna, ale przydaje się, gdy trzeba zdjąć coś z wyższych półek kuchennych szafek. Wiele domowych prac wymaga czasu i wygodniej mi siedzieć na wysokim stołku, z ryczką pod stopami, nogi wtedy odpoczywają. Ryczka jako podnóżek, oparcie może być germanizmem, ale do końca nie wiadomo skąd to słowo się wzięło. Swój stołeczek kupiłam w markecie budowlanym i zdaje się, że podobne sprzedawane były w całej UE. Jego wygląd nie do końca zgadza się z moim wyobrażeniem tradycyjnej ryczki, ale tak ten stołek nazywam i podobnie wykorzystuję.

W serialu „Górale” jeden z bohaterów pokazywał jak się robi stojaki do suszenia siana. Stojak to inaczej OSTREWKA, nazywany też ostewką. Góral ociosał pieniek świerkowy, zostawił na nim tylko gołe boczne gałęzie. Po nich jak po szczeblach drabiny można wchodzić do góry, ale przede wszystkim na tych „rogulcach” / rogólcach (?), jak je nazwał, rozkłada się siano. Suszona trawa zaczepiona na ostrych końcach nie spada pod naporem wiatru, ma też niezbędny dostęp powietrza.

Słysząc „rogulce” / rogólce (?) przypomniałam sobie o naszej rogolce. Bo ROGOLKA też ma takie niby rogi. Wyglądem przypomina małą ostrewkę, z wianuszkiem wypustek na jednym końcu. Rogolka służy do roztrzepywania składników, mówimy też o fyrlaniu, czyli mieszaniu połączonym z roztrzepywaniem czegoś. Rogolkę wkłada się pomiędzy dłonie i trąc nimi wprawia się ją w ruch – w jedną i w drugą stronę. Taką rogolkę można zrobić samemu, jak zaradny Staszek, inny góral występujący w dokumencie. Nie pamiętam jak ów Staszek swoją rogolkę nazywał (dopisane: fyrloczek). Można też kupić gotową w sklepie, ale to już całkiem inna rogolka. Mam taką, jednak poprosiłam męża, by przy okazji rowerowych wypadów poszukał mi w lesie coś, co się na rogolkę nada. I znalazł, po wyrębie było w czym przebierać. Wspomnę jeszcze, że Ślązak nie powie „tę rogolkę”, mówi się (godo sie) „ta rogolka”, a więc także: „dej rogolka”, „weź rogolka”, „zrób se rogolka” itd. Góral Staszek z Piwnicznej swój fyrloczek zrobił ze ściętego, zdrowego drzewka. Straszne tak na oczach wszystkich drzewko zmarnować, może nie pomyślał stresując się towarzystwem kamer... Pokazywał później, że fyrloczek trzeba porządnie wyparzyć we wrzątku, by się do fyrlania płynów nadawał. 








czwartek, 22 czerwca 2017

Kawiarka

Kawiarka to dla mnie w zasadzie nowość. Piłam raz czy dwa kawę parzoną w ten sposób. Smakowała mi, ale widocznie niczym mnie nie zaskoczyła, nie doceniłam jej walorów. U nas pierwsze parzenie i… wielkie rozczarowanie. Kawa wyszła słaba, bez aromatu, zdecydowanie gorsza niż „zalewajka” robiona przez większość Polaków w szklance. Coś poszło nie tak. Ale co? 

Są różne teorie na temat sposobów parzenia w kawiarce. Poczytałam trochę i drugie podejście było już rewelacyjne. Sprawdziły się następujące zalecenia: 1) do pojemnika wlewać gorącą wodę 2) nie wsypywać kawy na sitko do pełna, trzeba zostawić 0,5-1,0 cm wolnej przestrzeni 3) nastawić kawiarkę na najmniejszy palnik i maksymalnie odkręcić gaz – napar niemal od razu zaczyna spływać do górnego pojemnika 4) zdjąć kawiarkę ze źródła ciepła natychmiast, jak tylko płyn przestanie płynąć (syczy) 5) ostudzić dolny zbiorniczek pod zimną wodą. Tak przygotowany napar rozlewamy do małych filiżanek, najlepiej ogrzanych. 

Specjalista od parzenia kawy radził też założyć dodatkowo filtr, by nic nie wpadało do wody. Kupiliśmy filtry do ekspresów przelewowych (rożki), po wycięciu z nich kółek odpowiedniej wielkości wystarczyło je założyć z obu stron suchej kawy (na sitko i na kawę). Napar był wspaniały. Nie lubię, gdy jest zbyt mocny, dlatego po kilku próbach doszłam do miarki 6-7 g kawy na jedno parzenie (do sitka). 

Wydedukowaliśmy, że gorąca woda i filtry mają istotne znaczenie dla efektu końcowego. Może tak być, iż woda jest zasysana do góry, choć nie ma jeszcze odpowiedniej temperatury. Kawa się dobrze nie zaparzy. Przy wrzątku nie ma tego ryzyka. Filtr stawia wodzie dodatkowy opór. Być może wzrasta przez to ciśnienie, może woda ciut dłużej przesiąka przez warstwę kawy. To zaś wpływa na intensywność napoju. I jeszcze jedno - kawy nie sypiemy za dużo, gdyż pęcznieje podczas parzenia, co grozi wygięciem sitek pod jej naciskiem (w górę i w dół). Nie jest to wielka usterka, ale po co psuć dość drogie w końcu urządzenie. 


 


Niektórzy mają zastrzeżenia do konieczności dwukrotnego zużycia energii - raz na przygotowanie wrzątku, drugi raz na jego ogrzanie w kawiarce. Jednak po ustawieniu kawiarki na gazie napar prawie od razu zaczyna płynąć. Ostatecznie kawiarka to nie mus, można zalać kawę w zaparzaczu (french press) czy w kubku. Podobno kawa z zaparzacza ma wyższą zawartość kofeiny. To niekoniecznie zaleta.

Moja kawiarka ma pojemność 300 ml. Wlana woda podchodzi pod zaworek i tak właśnie ma być. Zostaje jej trochę w pojemniku, nie wszystko przelewa się do górnego zbiornika. To normalne, gdyż rurka nie dochodzi do dna. Jest to też jakieś zabezpieczenie przed spaleniem pustego pojemnika czy rozerwaniem go. Tak sądzę. Gotowej kawy starcza na dwie małe filiżanki, o pojemności 150 ml każda (niepełne). Podobno miarą właściwą jest 50 ml na jedną osobę, przyjęte od Włochów. Tak licząc mam 4-5 porcji naparu. Tylko kto pije kawę w takich naparsteczkach?  

Przy okazji rada ogólna dotycząca parzenia kawy bez kawiarki. Podobno specjaliści radzą, by na każde 180 ml wody sypać do filiżanki lub zaparzacza 1-2 łyżki stołowe (tak, tak) świeżo zmielonej kawy, wtedy będzie idealna. W przelewowym ekspresie brałam zazwyczaj 6-7 g świeżo zmielonej kawy na każde 125 ml wody. Zauważyłam jednak, że nawet dla moich gości kawa była często za mocna.  Ważny okazał się też aspekt ekonomiczny, bo kilogramowe opakowanie kawy zużywałam bardzo szybko. Teraz biorę 3-4 czubate łyżeczki kawy na 500-600 ml wody. Dla mnie są to optymalne proporcje, tak się wydawało, gdyż kawa bardzo mi smakowała. Zdziwiłam się, gdy po jakimś czasie zważyłam tę ilość kawy, było tego mniej więcej tyle, ile wsypałabym do ekspresu licząc po 6-7 g na każde pół szklanki wody. Ważne tylko, by "czubek" na łyżeczce nie był przesadnie wielki. Oszczędzać więc tę kawę, czy jednak sypać według zaleceń znawców? Cóż, każdy pije co lubi. Może powinnam się przestawić na malusieńkie filiżaneczki mocnego napoju, może smakowałby mi bardziej...




Źródło:
MK Cafe Fresh
domkawy.pl
Adam Laska, kafar.info (cytat z autora na jakimś blogu, którego adresu nie zanotowałam)